Dziergam na drutach i szydełkuję, szyję, maluję, a nawet przędę, próbuję coś wyhodować w ogródku, głaszczę koty... nie umiem siedzieć bezczynnie.Jestem matką trojga dzieci. Można by im poświęcić całą dobę, ale czasem żeby nie dać się zwariować potrzebuję HOBBY i o tym właśnie jest ten blog.

środa, 20 października 2010
Czekolada, karmel, śmietanka

Nie, nie przepis na deser ;)

O taka włóczka kilka dni temu uprzędziona:

Jeszcze pokażę jak wyglądała czesanka:

Po sprzędzeniu i skręceniu w podwójną nitkę wyszło mi 80m/54g - całkiem porządny kawał włóczki. Może na czapkę? Kolory bardzo na czasie, więc kto wie. Jest niezwykle mięciutka bo to  była merynosowa czesanka.

poniedziałek, 18 października 2010
Farbowanie i spotkanie

W końcu odwiedziła mnie Jola. Przy okazji przywiozła wypalone moje pierwsze ceramiczne arcydzieła, jednak ich nie pokażę bo niezłe potworki mi wyszły ;)

Pod jej fachowym okiem spróbowałyśmy farbowania  wełnianych czesanek. Zresztą to joline czesanki, ja muszę chyba zakupić jakieś białe, bo wyniki eksperymentów bardzo zachęcające.

Ta po prawej to pierwsza próbka, a  tęcza po lewej dzieło Joli ;D

Po sprzędzeniu wygląda tak:

A ja muszę powiedzieć że przędzenie każdego centymetra tej nitki to była najczystsza przyjemność.

Dzięki Joluś, wpadaj częściej :*

PS. Nie zgadniecie CZYM farbowałyśmy (chociaż niektórzy już wiedzą ;))

niedziela, 17 października 2010
Rodzinna opowiastka z wełną w tle

Będzie dzisiaj długi wpis.

Do dywagacji skłoniły mnie dwa fakty- proste wyciągnięcie szmatki kuchennej z szafki oraz zakupy czesankowe.

Teraz będę długo i zawile wyjaśniać o co mi chodzi ;P

Gdzieś tak w roku 1980, a może '81 w moim domu rodzinnym wybuchła gigantyczna moda na "australijskość". Ba, moda ogarnęła również domy rodzeństwa mojej mamy, babci i dziadka oraz wszystkich bliższych i dalszych krewnych. A wszystko za sprawą ciotki, rodzonej siostry mojej mamy i jej niespodziewanego oświadczenia, zresztą wydanego w trakcie gdy moja rodzicielka akurat brała zamach motyką nad zachwaszczoną grządką kalarepy. A zamach to moja mama, ma! Mało sobie nogi nie ucięła gdy usłyszała "Wychodzę za mąż... za australijczyka" :D

Teraz to może nic dziwnego, ale w tamtych czasach, wytrzaśnięcie kogoś z antypodów było rzadsze niż UFO, bo chodziły słuchy ze ufoludki "latają nad Mazurami".  Natomiast istnienie jakiejś tam Australii było całkowitą fikcją w naszych głowach.

Dodatkowo ciotka była uważana za tzw. "starą pannę" (była pod pięćdziesiątkę), etatowo pełniła funkcję chrzestnej i nic nie zapowiadało romantycznej historii, a mieszkała z nami w jednym mieszkaniu.

Jak powiedziała tak zrobiła ;), wyjechała do tej dalekiej krainy, gdzie mieszka do dziś.

Potem cała rodzina oglądała z wypiekami na twarzy zdjęcia ciotki z papugami, kangurem czy drzewkiem pomarańczowym w przydomowym ogródku.

Moja mama znosiła do domu stosy takiego czegoś, kupowane w sklepie na rogu. A co ja przypadkowo wyciągnęłam z szafki bo pewnie dostałam "w posagu" opuszczając dom rodzinny:

Popatrzcie- lniana kuchenna szmatka, pamiętam że były  kiedyś najróżniejsze "australijskie" wzorki, ale mam tylko tę. Jest nawet na niej obrazek ze strzyżeniem wełny i jakaś owca (może to ten merynos, z którego się teraz czesankę u nas kupuje?). Na dole po prawej ma napis "handpainted", ma nawet czytelną metkę z napisem "made in Poland". Mimo że liczy sobie niemal trzydzieści lat i była używana, jest w bardzo dobrym stanie. Ale skąd u nas w sklepach w czasach gdy nie było NIC takie dziwa?

Domyślam się że może to tzw. słynne "odrzuty z eksportu". Drukowaliśmy NA LNIE obrazki i wysyłaliśmy australijczykom? Być może.

Druga historia z tego samego cyklu- ta sama ciotka przysłała pewnego razu paczkę, do podziału wśród całej rodziny, ale na adres mojej mamy, ze skarbami typu tkaniny. Paczka była zapakowana w worek pocztowy i nadana statkiem. Bohaterem stał się ten niepozorny wór, albo raczej to z czego go wykonano. U nas wtedy aż do czasu gdy nastąpiła era sztucznych tworzyw worki robiło się z lnu, czy konopii, bo były najtańsze i łatwo dostępne.

Zgadniecie z czego był australijski worek pocztowy? Tak, z wełny! Zgrzebnej ale z wełny. Pamiętam że  sam worek wzbudził większą niemal ciekawość niż jego zawartość. Pielgrzymował od domu do domu, w końcu chyba coś z niego uszyto.

Niby nic w tym dziwnego, to co jest dostępne lokalnie jest tanie.

No to ja się pytam, tak po przejrzeniu polskich sklepów z czesankami- gdzie jest len? Gdzie inne nasze rodzime produkty? Merynos australijski- proszę bardzo, jedwab- nie ma sprawy, to akurat może i fajnie.A to co powinno u nas rosnąć jest naprawdę trudno zdobyć, szkoda.

Oj, coś tu się porobiło na opak :(

sobota, 16 października 2010
Ale prezent dostałam! :D

Patrzcie i zazdroście:

(Teraz większość czytelników bloga zastanawia się pewnie czy zwariowałam, oraz czemu ma pożądać plasterka z łóżka fakira)

To jest grzebień do mieszania wełny! U Eli napatrzyłam się jak tego cudeńka używać i też taki chciałam. Mąż mi zrobił niespodziankę i przy pomocy pracownika zmontował ten skarb.

Podoba mi się do tego stopnia że ustawiłam sobie tę fotkę jako tło pulpitu:

No ale nie o wygląd tu przecież chodzi, działa tak:

piątek, 15 października 2010
Granatowy szyjoocieplacz- ramionootulacz

Zaraz mi czytelniczki pouciekaja z krzykiem na widok kolejnego sznurka na patyku, no chyba że zacznę rozdawać ;) Kto wie?

Mięciuteńka włóczka "Z Lidla", druty nr 8, w komplecie i szybciutko powstał taki twór szyjno- ramienny. Ma dodatkowo ocieplić kurtkę zimą.

Wzór własny, ale widać- ściągacz, ryż, ściągacz ;P

Ktoś pytał o kwiatka z uprzędzionej przeze mnie włóczki.Powstały dwa (to nie ja robiłam), ten po prawej jest właśnie z tej przędzionej ręcznie. Ten z lewej- z farbowanej ręcznie barwnikiem naturalnym, pisałam o tym niedawno. Włóczka fabryczna, gruba, spleciona z trzech pojedynczych nitek, do zrobienia kwiatka byłoby za mało, dlatego była rozpleciona i od razu surowiec się potroił, ha.

czwartek, 14 października 2010
Achhhh- mięciutkie cudo

Na spotkaniu prządek skubnęłam od Eli odrobinkę luksusowej czesanki- soja, bambus i cośtam.

W końcu postanowiłam ukręcić to w nitkę.

To czesanka w mojej łapce, widzicie ile żółtego?:

To w trakcie przędzenia:

To już gotowa pojedyncza nitka, żółty prawie zniknął:

Postanowiłam skręcić tę nitkę w podwójną i na dodatek posłużyć się cwaną metoda zapodaną nam przez Elę na spotkaniu prządek, a w tym celu trzeba zrobić coś takiego:

- widać jaka ładna ta nitka, ale zamotanie na ręku chyba zrobiłam kompletnie za przeproszeniem "od dupy strony" , o dziwo- zadziałało :D

A tu gotowa podwójna nitka, widzicie jak jej "przybyło" w porównaniu z pojedynczą:

Jak to piszą na znanym portalu aukcyjnym na A- zdjęcia nie oddają jej uroku:

Włóczka jest przecudownie miękka, z lekkim połyskiem- 11 metrów/6 gram

Ja się tylko pytam- gdzie jest żółty?

PS. Ela też opisała tę czesankę tutaj, a nitka jej wyszła kompletnie inna, daję słowo że to ta sama  mieszanka ;P

środa, 13 października 2010
Czysty len

Czesankę lnianą przędzie się trochę inaczej niż wełnę. Ja bym powiedziała że... łatwiej. Bardzo przyjemnie, bo ja uwielbiam len.

Mąż się ze mnie mocno nabijał że kupi mi sznurek w sklepie bo wychodzi mi równo jak z maszyny :/

No właśnie nie wiem o co chodzi, w sumie to dopiero zaczynam prząść, spodziewałam się mocno nierównych nici, a tu jakieś takie... bez charakteru :(

Czysty len, jednak po uprzędzeniu nie do końca przypomina sznurek, jest bardziej miękki, trochę jak włóczka.

A po zwinięciu w oldskulowy kłębek mamy 41g/88m nitki:

poniedziałek, 11 października 2010
10.10.10

Gdzieś wyczytałam że trzeba sobie zapamiętać co się robiło w takiej dacie.

A mianowicie- nic takiego ;P

Poprzędłam sobie len.

Pojechaliśmy nad morze, pogoda zupełnie niepażdziernikowa, ciepło i słonecznie. Kocham morze, ale w sezonie letnim to może niekoniecznie je odwiedzam.

Wierzcie lub nie, jesienią nad morzem jest o wiele piękniej niż latem!

Termometr w samochodzie wskazywał 18 stopni!

A potem wrócić do domu i próbować zlepić sto zdjęć w jedno.

I poprząść sobie len...

niedziela, 10 października 2010
Szara nitka

Kończą mi się czesanki "do filcowania", więc niedługo przestanę nudzić.

Ta czesanka z kolei była cudownie mięciutka, ale i tak nie udało mi się zrobić cieniutkiej nitki :(

Około 107 metrów nitki.

Wczoraj żółta nitka z poprzedniego wpisu została użyta na kwiatek szydełkowy. Juuuuuhuuuuuu, da się tego dziergać! A ja znów spędziłam sobotę na gadaniu o nitkach i kręceniu. (Ale nie mam fotek).

A teraz na wrzecionku- len...

sobota, 09 października 2010
Druga nitka

Jakąś czesankę  w domu znalazłam.

A propos zakupu czesanki- jeszcze nie całkiem "rozgryzłam" temat. Ta liliowo- zielona pochodzi z Etsy. Inne- nie pamiętam kupiłam jakiś czas temu do filcowania, jak mi się skończą pewnie będe musiała poszukać źródełka.

No więc ta żółta czesanka- kiepska, ufarbowała mi palce na dwa dni ( żółte palce zauważyłam dopiero pod koniec roboty) i miejscami była mocno poszatkowana. Ale do ćwiczeń- co mi tam.

Postanowiłam dodać jej nieco "głębi", co jakiś czas wplotłam maleńki kłaczek turkusowej czesanki.

Tym razem nie przeliczyłam nawet metrów, a nitkę zwyczajnie nawinęłam na kartonik. To nie jest duża ilość, może na jakiś kwiatek- broszkę?

Acha- czas- od Telekspresu do końca Klanu ;)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36