Dziergam na drutach i szydełkuję, szyję, maluję, a nawet przędę, próbuję coś wyhodować w ogródku, głaszczę koty... nie umiem siedzieć bezczynnie.Jestem matką trojga dzieci. Można by im poświęcić całą dobę, ale czasem żeby nie dać się zwariować potrzebuję HOBBY i o tym właśnie jest ten blog.

piątek, 29 października 2010
Rękawiczki na 6 drutach

Ręce mi marzły...

Tak, nie pomyliłam się, na sześciu drutach (dla niezorientowanych- szóstym się przerabia ;P):

Wykombinowałam że skoro posiadam więcej niż 5 potrzebnych drucików wygodniej będzie wrabiać klin kciuka na osobnym.

A potem zachciało mi się haftować wełną, bo nudno tak było, prawe i prawe:

Autor miał na myśli" po lewej mak, po prawej makówka:

Czujecie jakie są ciepłe?

Technicznie- włóczka Cascade 220 Wool (w wyjątkowo pięknym kolorze), ponad pół motka, druty 3,5 i 4

Nie wiem sama czemu zamarzyły mi się rękawiczki z jednym palcem.

czwartek, 28 października 2010
Kołowrotek u lekarza

Tytuł wpisu jest dwuznaczny, ale tak wyszło :D

Odwiedziliśmy z mężem "Pracownię na Kaszubach".

Nasz kołowrotek jest teraz wyregulowany. A tu spotkał się z "kolegą" o bardzo podobnej konstrukcji:

Elu, serdecznie dziękujemy!

Wyszliśmy napompowani wiedzą i z torbą czesanek ;)

Więcej możecie obejrzeć tutaj

środa, 27 października 2010
W ramach walki z marnotrawstwem- czapka estońska

Włóczka i zakupiony wzór leżały odłogiem od lutego :( Utknęłam...

Zakochałam się w tej czapce, ale niestety jest piekielnie trudna, jednak jak się człowiek uprze i poniesionych nakładów jednak szkoda:

Te bąble to element typowy dla szali estońskich, niemal doprowadziły mnie do obłędu. Podeszłam jednak do nich "sposobem" i w końcu zmogłam.

A potem okazało się że ten sposób nie tylko ja  tak wykombinowałam :D

Proszę- jak łatwo zrobić "bąbelki" (ang. nupps). Trzeba tylko pamiętać o lekkim zmodyfikowaniu opisu (domyślicie się).

Lubię tę czapkę!

Technicznie- niecały motek Rowan Kid Classic (cudowna, ale droga), druty 4 i 4,5, szydełko 3,75, jeden dzień roboty (niemal rok leżakowania się  nie liczy, co ;)) Wzór pani Ingi Jaanson- Tiina hat

Już  kilka osób zadeklarowało że też takie chce, ale jak pomyślę o bąblach, to mimo wszystko mi słabo ;/

poniedziałek, 25 października 2010
Kołowrotek

Co za charakterne urządzenie! Odmawia współpracy, spieszy się i "przekręca" nitkę.

Echhhhhhhhhhhhhhhh

Nieco więcej napisałam tutaj.

piątek, 22 października 2010
Zdjąć tęczę z nieba, założyć na szyję

Poetycko, ale tym razem niepozorny kawałeczek czesanki naprawdę dostarczył mi mnóstwo przyjemności :)

O farbowaniu tej nitki było, uprzędziona była, to teraz po przerobieniu na drutach.

Z ręcznie przędzionymi włóczkami bywa jeden kłopot- mała ilość (43metry/15 gram). Ponieważ włóczka była uprzędziona tak by kolory ładnie przechodziły jeden w drugi i chciałam zachować ten efekt...

Wykombinowałam taki naszyjnik:

Jednak potem zmieniłam zdanie i ostatecznie:

Druciki skarpetkowe nr 4, jeden wieczór roboty.

czwartek, 21 października 2010
Farbowanie (znowu!)

Postanowiłam spróbować czy uda mi się wydusić z farbek  do lukru coś więcej niż pastelowe kolory.

Co tu kryć- moje dziecko rozrobiło mnóstwo niebieskiego i żal mi było wylać.

DA się:

Tylko że wyszła bardziej zielona niż niebieska :D

Po uprzędzeniu wygląda tak:

90 metrów, 34 gramy, czesanka to mieszanka  wełny corriedale cytując sprzedawcę "This is a corriedale blend with a fiber diameter of 28 micron & staple length of 3 to 3 1/2 " .

środa, 20 października 2010
Czekolada, karmel, śmietanka

Nie, nie przepis na deser ;)

O taka włóczka kilka dni temu uprzędziona:

Jeszcze pokażę jak wyglądała czesanka:

Po sprzędzeniu i skręceniu w podwójną nitkę wyszło mi 80m/54g - całkiem porządny kawał włóczki. Może na czapkę? Kolory bardzo na czasie, więc kto wie. Jest niezwykle mięciutka bo to  była merynosowa czesanka.

poniedziałek, 18 października 2010
Farbowanie i spotkanie

W końcu odwiedziła mnie Jola. Przy okazji przywiozła wypalone moje pierwsze ceramiczne arcydzieła, jednak ich nie pokażę bo niezłe potworki mi wyszły ;)

Pod jej fachowym okiem spróbowałyśmy farbowania  wełnianych czesanek. Zresztą to joline czesanki, ja muszę chyba zakupić jakieś białe, bo wyniki eksperymentów bardzo zachęcające.

Ta po prawej to pierwsza próbka, a  tęcza po lewej dzieło Joli ;D

Po sprzędzeniu wygląda tak:

A ja muszę powiedzieć że przędzenie każdego centymetra tej nitki to była najczystsza przyjemność.

Dzięki Joluś, wpadaj częściej :*

PS. Nie zgadniecie CZYM farbowałyśmy (chociaż niektórzy już wiedzą ;))

niedziela, 17 października 2010
Rodzinna opowiastka z wełną w tle

Będzie dzisiaj długi wpis.

Do dywagacji skłoniły mnie dwa fakty- proste wyciągnięcie szmatki kuchennej z szafki oraz zakupy czesankowe.

Teraz będę długo i zawile wyjaśniać o co mi chodzi ;P

Gdzieś tak w roku 1980, a może '81 w moim domu rodzinnym wybuchła gigantyczna moda na "australijskość". Ba, moda ogarnęła również domy rodzeństwa mojej mamy, babci i dziadka oraz wszystkich bliższych i dalszych krewnych. A wszystko za sprawą ciotki, rodzonej siostry mojej mamy i jej niespodziewanego oświadczenia, zresztą wydanego w trakcie gdy moja rodzicielka akurat brała zamach motyką nad zachwaszczoną grządką kalarepy. A zamach to moja mama, ma! Mało sobie nogi nie ucięła gdy usłyszała "Wychodzę za mąż... za australijczyka" :D

Teraz to może nic dziwnego, ale w tamtych czasach, wytrzaśnięcie kogoś z antypodów było rzadsze niż UFO, bo chodziły słuchy ze ufoludki "latają nad Mazurami".  Natomiast istnienie jakiejś tam Australii było całkowitą fikcją w naszych głowach.

Dodatkowo ciotka była uważana za tzw. "starą pannę" (była pod pięćdziesiątkę), etatowo pełniła funkcję chrzestnej i nic nie zapowiadało romantycznej historii, a mieszkała z nami w jednym mieszkaniu.

Jak powiedziała tak zrobiła ;), wyjechała do tej dalekiej krainy, gdzie mieszka do dziś.

Potem cała rodzina oglądała z wypiekami na twarzy zdjęcia ciotki z papugami, kangurem czy drzewkiem pomarańczowym w przydomowym ogródku.

Moja mama znosiła do domu stosy takiego czegoś, kupowane w sklepie na rogu. A co ja przypadkowo wyciągnęłam z szafki bo pewnie dostałam "w posagu" opuszczając dom rodzinny:

Popatrzcie- lniana kuchenna szmatka, pamiętam że były  kiedyś najróżniejsze "australijskie" wzorki, ale mam tylko tę. Jest nawet na niej obrazek ze strzyżeniem wełny i jakaś owca (może to ten merynos, z którego się teraz czesankę u nas kupuje?). Na dole po prawej ma napis "handpainted", ma nawet czytelną metkę z napisem "made in Poland". Mimo że liczy sobie niemal trzydzieści lat i była używana, jest w bardzo dobrym stanie. Ale skąd u nas w sklepach w czasach gdy nie było NIC takie dziwa?

Domyślam się że może to tzw. słynne "odrzuty z eksportu". Drukowaliśmy NA LNIE obrazki i wysyłaliśmy australijczykom? Być może.

Druga historia z tego samego cyklu- ta sama ciotka przysłała pewnego razu paczkę, do podziału wśród całej rodziny, ale na adres mojej mamy, ze skarbami typu tkaniny. Paczka była zapakowana w worek pocztowy i nadana statkiem. Bohaterem stał się ten niepozorny wór, albo raczej to z czego go wykonano. U nas wtedy aż do czasu gdy nastąpiła era sztucznych tworzyw worki robiło się z lnu, czy konopii, bo były najtańsze i łatwo dostępne.

Zgadniecie z czego był australijski worek pocztowy? Tak, z wełny! Zgrzebnej ale z wełny. Pamiętam że  sam worek wzbudził większą niemal ciekawość niż jego zawartość. Pielgrzymował od domu do domu, w końcu chyba coś z niego uszyto.

Niby nic w tym dziwnego, to co jest dostępne lokalnie jest tanie.

No to ja się pytam, tak po przejrzeniu polskich sklepów z czesankami- gdzie jest len? Gdzie inne nasze rodzime produkty? Merynos australijski- proszę bardzo, jedwab- nie ma sprawy, to akurat może i fajnie.A to co powinno u nas rosnąć jest naprawdę trudno zdobyć, szkoda.

Oj, coś tu się porobiło na opak :(

sobota, 16 października 2010
Ale prezent dostałam! :D

Patrzcie i zazdroście:

(Teraz większość czytelników bloga zastanawia się pewnie czy zwariowałam, oraz czemu ma pożądać plasterka z łóżka fakira)

To jest grzebień do mieszania wełny! U Eli napatrzyłam się jak tego cudeńka używać i też taki chciałam. Mąż mi zrobił niespodziankę i przy pomocy pracownika zmontował ten skarb.

Podoba mi się do tego stopnia że ustawiłam sobie tę fotkę jako tło pulpitu:

No ale nie o wygląd tu przecież chodzi, działa tak:

 
1 , 2 , 3