Dziergam na drutach i szydełkuję, szyję, maluję, a nawet przędę, próbuję coś wyhodować w ogródku, głaszczę koty... nie umiem siedzieć bezczynnie.Jestem matką trojga dzieci. Można by im poświęcić całą dobę, ale czasem żeby nie dać się zwariować potrzebuję HOBBY i o tym właśnie jest ten blog.

czwartek, 26 lutego 2009
Aaa, kotki dwa...

I blondasy obydwa :)

Może komuś nie umknęło, jakiś czas temuw naszym domu pojawił się KOT.

Troszkę na "wariackich papierach", bo tamtego dnia wstając rano nie miałam zamiaru mieć kota, potem pogrzebałam w internecie, potem trafiłam na stronę hodowli, która jest dosłownie kilka domów od nas, zobaczyłam zdjęcie Tajfunka i... zakochałam się ;)

A ja nawet "nie lubiłam kotów", tak się zastanawiam teraz że to chyba jednak moja matka ich nie cierpiała, ale mniejsza z tym.

No więc mieszka sobie z nami pan kot.

Skąd tytuł wpisu, miały być DWA.

No więc po chwili pierwszego oswojenia się zwierzaka z nami mamy nieodparte wrażenie że do tej pory MIELIŚMY  juz kota, ale nie wiedzieliśmy że mamy, w związku z tym teraz mamy dwa.

A oto dowody:

1. Koty ZAWSZE bawią się razem:

2. zdobycz służąca do zabawy automatycznie przechodzi na własność obydwu rozrabiaków:

3. Trzeba się wspomagać:

4. Po wspólnej zabawie- wspólny posiłek:

I tak dalej, w sumie sa nierozłączni i zaczęli funkcjonować w naszym domu pod określeniem "koty". Np. "mamooooooo, koty znowu rozwaliły jedzenie dla chomika". "czemu mam sprzątać to koty nabałaganiły".

Oburzonym radzę się powachlować chusteczką, szanujemy człowieczeństwo naszego dziecka, ale jego interakcje z kotem są naprawdę zadziwiające.

Nigdy, przenigdy zwierzak nie wysunął pazurka na małego, chociaż mógłby i POTRAFI (tak mamo, nie trzeba było go trącać pogardliwie łokciem to by nie robił jak rowścieczona puma).

Od początku uczyliśmy dzieci że z kotem trzeba z wyczuciem, no ale roczniak się czasem rozochoci w zabawie i pociągnie kota, na co kot odsuwa się cierpliwie... na jakies 20 cm i bawią się znowu. a mały tez chyba rozumie bo przychodzi i prosi mnie gestami żebym mu pomogła delikatnie głaskać kotka.

Najbardziej zadziwiająca historia przydarzyła mi się jakiś czas temu: mąż wyjechał na kilka dni ze starszymi dzieciakami, zostaliśmy w domu tylko ja, Tytus i kot. Pierwszy dzień upłynął spokojnie, na zabawie. Wieczorem jak zwykle położyłam małego spać, zamknęłam drzwi od sypialni. Normalnie Tytus przesypia noc i budzi się rano. Tej nocy o 4 obudził się z płaczem i goraczką- chory :( Kot dostał szału, zaczął biegać, miauczeć, wyszłam z sypialni, położyłam małego na kanapie i poszłam po środek na gorączkę, kot zaczął go trącać nosem, miaucząc przeraźliwie, biegał ode mnie do małego i zachowywał się jak szalony, nie w sensie agresywnie tylko jak bardzo zaniepokojony zwierzak. Dałam małemu lekarstwo, ponosiłam, a potem położyłam do łóżeczka, wszystko w asyście Tajfuna, który próbował nawet do łóżeczka wskoczyć, miałam wrażenie że chce pomagać. Tak się zachowaniem zwierzaka wystraszyłam (serio!) że chociaż choroba nie wyglądała strasznie rano wezwałam lekarza, a może te koty tam swoje wiedzą? Mały szybko wyzdrowiał.

Obecnie dziecko drzemie w łózeczku, a kot na kanapie, jak się obudzą będą pewnie znów ganiać razem piłkę, bawić się w chowanego (fajnie to wygląda), albo "gadać" po swojemu bo Tytus zaczął wydawać dźwięki stosowtylko do "rozmowy" z kumplem.

A u mnie normalny dzień- odsunąć krzesło, zdjąć kota, usiąść, zabrać kotu kłębek włóczki i już można sobie podziergać ;)

Swoją drogą, czy to Wam nie przypomina pewnej sceny z kotem ze "Shreka 2"??

 

 

 

 

środa, 25 lutego 2009
A masz ty, a masz, ty taka owaka..

Tak się można wyżyć podczas filcowania igłą, chociaż po 3 godzinach staje się to troszkę nudne.

Postanowiłam spróbować o co chodzi z tym filcem, a to moje pierwsze próby (filcowanie na sucho, igłami):

To absolutnie pierwsza moja ufilcowana kuleczka, chyba będzie breloczkiem.

A to dwie następne, będą kolczykami albo naszyjnikiem, filcowałam na zmianę, do późnej nocy, aż trafiałam iglą częściej w palce niż w kulkę (ałć!).

Fajna zabawa, pewnie jeszcze powtórzę :)

piątek, 20 lutego 2009
Cabbage Rose Cloth

Na znak protestu przeciwko zimie!!!

Superoptymistyczna... ściereczka kuchenna.

Włóczka "Colorado", druty 3,75.

PS. Zima chyba nic sobie nie robi z mojego protestu, wczoraj kiedy zaczęłam dziergać był TYLKO śnieg, a dziś dołączył spory mróz :/...no, jeszcze zobaczymy!

 

 

czwartek, 19 lutego 2009
Telemark Pullover

Robiony od góry raglan, całkowicie bez szwów.

Prościuteńki!!!

Wzór pani Eriki Flory mozna znaleźć na Raverly

Drutki 3,5 i ułamek motka włóczki ;) "Sensatione" :

To nie jest wyjątkowo malutkie dziecko, to są wyjątkowo duże motki ;)

Nawet mój mąż nie mógł sie oprzeć i zrobił mi niespodziankę kupując je...

 

wtorek, 17 lutego 2009
Wiosna przyjdzie i tak!!!

A taki widok niespodziewanie mnie przywitał rano:

Leży ze 30 cm świeżutkiego śniegu, a gdzieś pod nim są prawie już rozkwitłe hiacynty.

Inspirujące :/

niedziela, 15 lutego 2009
Nic mi się nie chce :O

Kryształy z obrzydzeniem powrzucałam do woreczków, to są ostatnie skończone kolczyki:

Ponad tydzień wala się SKROJONY materiał na sukienkę, a mi sie nie chce szyć:

Kompletny brak weny i ochoty.

Zresztą, kogo to obchodzi???

 

piątek, 13 lutego 2009
"Śliczne, śliczne, błyszczy, błyszczy..."

Tytuł wpisu pochodzi z jakiejś kreskówki...

Tym razem zrobiłam sobie troszkę biżuterii:

To miało być na jutro:

A te nosiłam dzisiaj i już je uwielbiam :)

Nie zawsze muszę szaliki robić ;P

 

czwartek, 12 lutego 2009
Umiem szyć czy nie? część 1

Przy okazji szycia strojów karnawałowych dla dzieci odkurzyłam troszkę umiejętności krawieckie.

Przy okazji powspominałam dawne czasy...

Z opowieści mamy wynika że "za mlodu" razem z ciotką wszystkie kreacje "na zabawy" szyły sobie same, generalnie szyły ręcznie (Haute Couture, co?? ;)), dziadek miał maszynę dysponującą jednym prostym ściegiem, ale wszystkie obrzucenia szwów, dziurki itd. trzeba było wykonać ręcznie. Co moja mama do dzis uwielbia, a ja wolę siąść i płakac jak mam sfastrygować zamek, albo przyszyć guzik.

Sporo tych kreacji zachowało się w babcinej wersalce, po latach, będąc nastolatką, rzuciłam się na nie jak wygłodniały lew, niestety okazało się że tkaniny z dawnych czasów, chociaż na oko w dobrym stanie kiepsko się piorą, deformują, a farbują... jakby ktoś do małej szmatki powszywał zbiorniki z farbą. Nie za bardzo dało się je nosić. Zresztą, z dwóch rodzajów ubrań pasowała na mnie jedna połowa, ta należąca do mojej mamy :), ubrania ciotki kompletnie nie pasowały, za to w wełnianej, czarnej miniówie mamy z czasów liceum zdawałam jeszcze maturę i mam ją do dziś, chociaż nie noszę.

Ale to taki rys historyczny.

Inne żródła podają że moja mama krążąc ze mną, jako noworodkiem w wózku, w pobliskim sklepie wypatrzyła "rzut" maszyn do szycia. Ja tego nie pamiętam oczywiście, dla mnie maszyna do szycia marki "Łucznik" była w domu od zawsze, a mama zdecydowała się na rzadką wersję- z szafką. Taką szafkę otwierało się z przodu, na dzwiczkach opierało górną klapkę, wyjmowało maszynę zamontowaną tam na zawiasie i miało się stolik, trochę miejsca, a w szafce była skarbnica materiałów.

No cóż- "skarbnica"- sklep z napisem "tkaniny" był prawie na rogu naszej ulicy, jedyne czego tam nie brakowało to były gigantyczne bele watoliny :) Dostawy materiałów były mocno nieprzewidywalne i co atrakcyjniejsze kąski rozchodziły się w blizej nieokreślony sposób ;) by zostać dopuszczonym do bractwa należało sobie wyrobić tzw. "znajomości", czego moja mama stosunkowo szybko dokonała przy pomocy odsprzedanej butelki płynu do naczyń oraz co ważniejsze elokwencji.

Od tamtej pory godziny spędzało się na plotkach "tylkonachwilęwejdziemy" , a materiały trafiały w tajemniczych pakunkach zawiniętych w szary papier w ręce mojej rodzicielki (taki łup odwijało się w domu, kto by tam wybrzydzał nad kolorem).Przy okazji ojciec wiedział gdzie nas szukać, chociaż rzadko odważał się zapuszczać w ten szmaciano- ploteczkowy świat :)

No więc w domu były: materiały, maszyna.... trzeba było jeszcze jakoś tkaninę skroić. Z prostymi formami typu spódnica z zaszewkami mama sobie radziła, dla mnie z reguły szyła spódniczki na gumce. Trudniejsze... i tu znowu cała historia, a generalnie to miał być krótki wpis. Chodziło się do pani krojczyni, która urzędowała w sklepie z tkaninami (nie w tym pobliskim, tu była tylko pani repasatorka, kto pamięta co robiła?? ;). Ta pani krojczyni, po odstaniu w kolejce do niej brała w swoje ręce nasz bezcenny kupon materiału i rysując na nim kredą "wyczarowywała" z niego części do pozszywania, uprzednio zdejmując miarę z mamy lub ze mnie. A skąd pomysły do takich kreacji? W przeważającej części były to machane w powietrzu opisy podpatrzonych gdzieś na ulicy ubrań " tu taka falbanka a rękawy zaczynały się stąd...", ale dzięki rodzinie na tzw. zachodzie miała maja mama dostęp do tzw. KATALOGU.

Katalog to był w owym czasie skarb bezcenny, młodzież uproszona jest o nie stukanie się tak mocno w głowę, krzywdę sobie zrobicie,  no więc katalog miał w przybliżeniu objętość książki telefonicznej i był zwykłym katalogiem wysyłkowym, spotykanym w Niemczech powrzechnie, zawierał różne rzeczy od namiotów i garnków przez zabawki. I co najważniejsze- UBRANIA. Żeby było jasne- NIC nie można było w Polsce z niego zamówić! Ale stając sie posiadaczką takiego "skarbu" zyskiwało się  nobilitację w towarzystwie- dosłownie, urządzało się spotkanka gdzie kilka babek spędzało godziny na wertowaniu kilkuset stron szmatek i robiło to z wypiekami na twarzy.

Osoby do lat 30 proszone sa o niewpisywanie mi tu komentarzy typu "Co za wiocha!" albo "a nie mogły se kiecki w sklepie kupić"- NIE MOGŁY, a czemu zapytajcie babcię.

Można było pójść za to z katalogiem i materiałem do pani, która po wskazaniu odpowiedniej kreacji kroiła nam ją posługując się zdjęciem, po przybyciu do domu pozszywać to sobie własnoręcznie i... zadawać szyku.

Na zakończenie tej części jeszcze napiszę że z niemałym zdziwieniem spotkałam ostatnio w pasmanterii kawałek "mydła krawieckiego", bezwonny i zgrabnie uformowany do rysowania po tkaninie. Kiedyś używało się do tego po prostu niewymydlonych resztek. Ale w dobie mydeł w płynie i innych żeli... Kupiłam :D

CDN...

 

11:26, kasiaba1 , szycie
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 lutego 2009
Pranie skarpetek

Uprzejmie donoszę (ostatnio była o tym dyskusja na forum gazetowym) iż własnoręcznie wydziergane skarpetki wrzuciłam bezlitośnie do pralki.

I nie doznały żadnego uszczerbku:

A moja pralka nie była wcale delikatna ;)